Talerze w ultrafiolecie (KDB on tour)

kolekcja szkła uranowego w kopalni w Kletnie


Trasa: Stronie Śląskie (Morawka)> (przez tamę) ul. Sportowa> (żółtym szlakiem) Zalew w Starej Morawie> Kletno> (bez znaków, szosą) Stara Kopalnia Uranu

(+ powrót nie do końca tą samą drogą)

Długość trasy (w jedną stronę): 7,8 km

Czas przejścia (w jedną stronę): 1 h 30 min.

Historia górnictwa w rejonie Masywu Śnieżnika sięga czasów średniowiecza. Już od XV, a może nawet XIV w., wydobywano na tym obszarze surowce do pozyskiwania żelaza, miedzi i srebra. Starą kopalnią w Kletnie zainteresowano się jednak ponownie w okresie zimnej wojny, kiedy to na mocy porozumienia pomiędzy Polską Republiką Ludową a Związkiem Radzieckim, rozpoczęto tutaj poszukiwanie rud uranu. Dla pracujących w kopalni górników wybudowano na przełomie lat 40. i 50. XX w. ciekawe urbanistycznie osiedle Morawka, które jest dzisiaj częścią Stronia Śląskiego.


osiedle Morawka

Tak się składa, że akurat na Morawce zaplanowaliśmy nocleg po Śnieżnickiej Setce. Skoro już tu jesteśmy, wypadałoby też zobaczyć udostępnioną do zwiedzania kopalnię... Najpierw trzeba jednak spytać o zgodę nieco nadwyrężone trwającym niemal całą dobę ,,spacerem" po górach mięśnie i ścięgna. Po nieco dłuższym niż zwykle leniuchowaniu w łóżku oraz trzech śniadaniach, decydujemy, że można by się już nieco poruszać. 

Ze Stronia do Kletna prowadzi żółty szlak turystyczny, do którego z Morawki dochodzimy skrótem prowadzącym przez zaporę zbiornika przeciwpowodziowego. Szlak wytyczono głównie drogą bitumiczną, za co wdzięczne są nasze poobijane kamieniami stopy. Dochodzimy do zalewu w Starej Morawie, gdzie skręcamy w prawo. Mamy lekkie déjà vu, ale nie planujemy powtórzyć dziś całego przebiegu wyrypy. 

Pamiętamy zresztą, że na Śnieżnickiej Setce nie trzymaliśmy się cały czas żółtego szlaku. O, nie szliśmy na przykład koło takiej kapliczki z wyciosanym w drewnie świętym o nieco baśniowych rysach. A za parkingiem w Kletnie, zamiast piąć się do kopalni asfaltem, przechodziliśmy przez jakieś dziwne zbocze pokryte odłamkami skał. Jak się okazuje, to pokopalniana hałda, na której organizowane są zawody w poszukiwaniu minerałów. 


kapliczka z baśniowym świętym 

Do wejścia do kopalni docieramy minutę przed wpół do pierwszej. Tymczasem od kasy dzieli nas jeszcze kilkadziesiąt drewnianych schodków opisanych żartobliwymi tabliczkami mówiącymi o ,,biletowej ścieżce zdrowia". W innych okolicznościach być może wydałoby nam się to zabawne, ale dzisiaj jakoś nieszczególnie... Udaje nam się jednak na czas kupić bilety, dzięki czemu od razu możemy założyć kaski i podążyć za przewodnikiem w głąb sztolni.

Na początek dowiadujemy się nieco o najdawniejszej historii kopalni, później poznajemy szczegóły dotyczące warunków pracy górników pracujących przy wydobyciu uranu. Krótko mówiąc, były bardzo złe. Nie dość, że nie przestrzegano norm bezpieczeństwa i higieny, to filtry w maskach przeciwpyłowych wykonywano z... waty azbestowej. Wszystko po to, aby pozyskać jak najwięcej radioaktywnego pierwiastka, używanego niestety nie tylko w elektrowniach czy do barwienia szkła i ceramiki. (W kopalni możemy zobaczyć zresztą sporą kolekcję świecących w ultrafiolecie naczyń). Przewodnik pokazuje nam próbkę rudy uranu, do której przykłada licznik Geigera. Momentalnie zaczyna rozlegać się charakterystyczne, niepokojące pikanie. Z ulgą oddalamy się od tej części kopalni, preferując jednak podziwianie widocznych w skale kolorowych wykwitów fluorytu, ametystu, chalkopirytu czy malachitu.





Po zwiedzaniu postanawiamy coś zjeść, dawno zapomnieliśmy już bowiem o trzech śniadaniach. W drodze do kopalni widzieliśmy restaurację oferującą smażonego pstrąga, dziarsko ruszamy więc w tamtym kierunku. Kiedy docieramy na miejsce i wchodzimy na teren zewnętrznego ogródka, słyszymy jednak (od pana ubranego w kuchenny fartuch, gawędzącego właśnie z gośćmi): ,,O, przepraszam, nieczynne". Sytuacja jak z chlebem w Świerkach. A więc zła passa gastronomiczna trwa...

Nieco zasmuceni (i porządnie głodni) wleczemy się dalej, wpatrując się we własne stopy przesuwające się po asfalcie... I oto następuje cud. Wygląda na to że przegapiliśmy odejście żółtego szlaku, a idąc inną drogą, dotarliśmy do dużego gospodarstwa agroturystycznego ze stawami pełnymi ryb. W dodatku nie ma żadnej kartki informującej o zamknięciu, a pomiędzy drewnianymi ławami uwijają się kelnerki. Zatrzymujemy się tu na dłużej...



Po przyjęciu odpowiedniej dawki kalorii, ruszamy dalej ,,nową" drogą. Docieramy nią do wapiennika z końca XIX w., koło którego przechodziliśmy co prawda już dwa razy, nie widzieliśmy go jednak za zasłoną bujnej zieleni ogrodu. Właściwie to nie tylko wapiennik, ale cała, ukryta za metalową bramą, Rzeczpospolita Wapiennicza... 


wapiennik ,,Łaskawy Kamień"

Kiedy robimy zdjęcia, bezszelestnie podchodzi starsza pani w ciemnych okularach, oferując oprowadzanie po znajdującej się w odrestaurowanej kamiennej wieży pracowni graficznej oraz urządzonym wokół ogrodzie japońskim. Nie mieliśmy tego w planach, próbujemy się więc wykręcić, na co dostajemy stanowczą odpowiedź: ,,No to będziecie żałowali".

Trochę może i żałujemy, pachnie tam bowiem połączeniem historii, sztuki oraz tajemnicy, śpieszy nam się jednak nad zalew w Starej Morawie, gdzie czeka nas zasłużony wypoczynek...




< następny post

Komentarze