120 kilometrów... i jeszcze kilka (KDB on tour).



Trasa: Podgórzyn, ul. Topolowa (boisko)> (bez znaków, drogami polnymi) Sobieszów> Piechowice> (bez znaków, drogami leśnymi)> Rozdroże Izerskie> (niebieskim szlakiem) Sępia Góra> Świeradów- Zdrój (PK1)> (bez znaków) Sky Walk> (drogami leśnymi, w przeważającej części bez znaków) rozejście szlaków 0,5 km na południe od Rozdroża Izerskiego> (zielonym szlakiem) Rozdroże pod Zwaliskiem> (czerwonym szlakiem) Wysoki Kamień> (początkowo czerwonym szlakiem, dalej bez znaków, drogami leśnymi) Jakuszyce, leśniczówka (PK2)> (bez znaków) Wodospad Kamieńczyka> (czerwonym szlakiem) Hala Szrenicka> Trzy Świnki> Śnieżne Kotły> Petrova Bouda> Przełęcz Karkonoska> schr. PTTK Odrodzenie (PK3)> Słonecznik> Równia pod Śnieżką> Dom Śląski> (niebieskim szlakiem) Jelenka> Sowia Przełęcz> (czerwonym szlakiem) schr. na Przełęczy Okraj (PK4)> (żółtym i niebieskim szlakiem) Pod Średniakiem> (Żółtą Drogą, potem żółtym szlakiem) Kowary, Uroczysko> (zielonym szlakiem) Jedlinki> Krzaczyna> (bez znaków) Ścięgny> Miłków> (częściowo czerwonym szlakiem) Głębock> (bez znaków) Sosnówka> (czarnym szlakiem, potem bez znaków) Podgórzyn, Ostoja Karkonoska

(PK- punkt kontrolno- odżywczy)

Długość trasy wg wstępnych założeń organizatorów: 120 km

Długość trasy wg śladu wgranego do zegarka: 123,6 km

Długość trasy wg śladu zarejestrowanego podczas przejścia: 129 km

Czas przejścia: 28 h 19 min. (limit 36 godzin)

Złote słońce powoli opada nad złotymi polami ciągnącymi się po horyzont. Na wznoszącym się niedaleko wzgórzu widać ruiny zamku Chojnik, na dalszym planie można dostrzec spodki wyznaczające szczyt Śnieżki. Myślimy o tym, że tam, na biegnącym grzbietem czerwonym szlaku, będziemy jutro. Na razie polna ścieżka doprowadza nas na obrzeża Sobieszowa

- Daleko jeszcze do mety? - pytają spacerowicze, zwracając uwagę na numery przypięte do naszych plecaków. 

- 115 kilometrów- odpowiadamy zgodnie z prawdą. Wystartowaliśmy dopiero niecałą godzinę temu z Podgórzyna, do którego mamy zamiar wrócić po zatoczeniu okazałej pętli po Górach Izerskich i Karkonoszach

W Piechowicach też wzbudzamy zainteresowanie ludności.

- Zmarzniesz pan!- ostrzega wąsaty jegomość połowę z nas, maszerującą jeszcze hardo w koszulce bez rękawów. Potem dostrzega jednak drugą połowę i dodaje dla sprostowania: Ale kobita ogrzeje! 

Dogania nas część ekipy Stalowych Łydek, z którą będziemy się jeszcze kilkukrotnie mijać na trasie, każdorazowo pozdrawiając się słowami: ,,ale jaaaak?". Nie pytajcie dlaczego, to długa historia. 

Za miasteczkiem zaczyna się ściemniać, a my zanurzamy się w lesie. I prędko z niego nie wyjdziemy. Tymczasem temperatura powietrza wyraźnie spada (czyżby wąsacz z Piechowic rzucił klątwę?), oprócz czołówek zakładamy więc kolejne warstwy odzieży. 

Wydawałoby się, że idziemy niemal cały czas po płaskim, ale po kilku godzinach marszu osiągamy szczyt Sępiej Góry (828 m n.p.m.). Na słupku podpierającym dach stojącej tu wiaty przyklejono najwspanialszy komunikat świata: ,,Jeszcze trochę i będzie zupka <3" 


najwspanialszy komunikat świata

Ożywiamy się komunikatem oraz stromym zejściem do Świeradowa. Wypatrujemy punktu kontrolno- odżywczego, który odnajduje się pod stacją benzynową. Witają nas tutaj główni sprawcy całego zamieszania, czyli Marta i Robert z Ostoi Karkonoskiej, a także Argos, drzemiący spokojnie pomiędzy herbatą a krupnikiem. 

Po zupce i krótkiej pogawędce o przemierzaniu długich dystansów, ruszamy w dalszą drogę przez pogrążone we śnie uzdrowisko. Wspinamy się ku migoczącej czerwonymi lampkami konstrukcji ścieżki w chmurach, a potem znów wchodzimy w las. 


Sky Walk nocą

I znów nabijamy kilometry, mając przed sobą ciągle ten sam widok: ubitą ziemię pod stopami, drzewa po lewej, drzewa po prawej, czarne niebo ponad głową. Jest tak monotonnie, że połowa z nas ma duże trudności z opanowaniem opadających powiek. I- co ciekawe- to nie ta połowa, która nie dosypiała ostatnio, wyrabiając nadgodziny w pracy.

Na szczęście zaczyna się robić jasno. Coraz bardziej kolorowy krajobraz urozmaicają teraz fioletoworóżowe i  białe naparstnice. Jasno nie oznacza jednak ,,ciepło", choć mamy nadzieję, że wschodzące słońce podniesie wkrótce dramatycznie niską jak na połowę lipca temperaturę powietrza. Docieramy do Wysokiego Kamienia, wspominając nasz pobyt tutaj podczas Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Wtedy w powietrzu wisiała mgła tak gęsta, że nie widać było nawet schroniska. Wieży widokowej tym bardziej, ponieważ w 2016 r. jeszcze nie istniała. 


świt na Wysokim Kamieniu

Powoli schodzimy do Jakuszyc, ale droga strasznie się ciągnie. W dodatku organizatorzy wpadli na diaboliczny pomysł poprowadzenia nas biegnącą przy torach kolejowych długą prostą, którą trzeba pokonać dwukrotnie- do leśniczówki i z powrotem. Za ruinami zakładu obróbki kamienia zaczynamy słyszeć w lesie jakieś głosy... Może to nasze zmęczone umysły płatają nam figle, a może to start krótszego dystansu Rajdu Izersko- Karkonoskiego. Druga teoria potwierdza się, kiedy uczestnicy sześćdziesiątki wychodzą (wybiegają) nam naprzeciw. Zanim dotrzemy do punktu kontrolno- odżywczego, mamy do pokonania jednak jeszcze zatoczoną po łące i lesie dziwaczną pętelkę, podobno dołożoną dla rozciągnięcia dystansu do równych... 123,6 km? Co prawda na odprawie przedstartowej była mowa o tym, że możemy sobie tę pętelkę odpuścić, ale wiadomo, że nie zamierzamy odpuszczać niczego, aby medale na mecie były w pełni zasłużone. 

W końcu lądujemy przy garze z warzywnym leczo, a na naszych kartach startowych pojawia się druga pieczątka, oznaczająca półmetek. Teraz przed nami drugie przejście długiej prostej... A dalej podejście asfaltem do Wodospadu Kamieńczyka

Przy wodospadzie wchodzimy na czerwony szlak, którego będziemy się trzymać aż do Domu Śląskiego. Pojawiają się turyści, ale tłumów nie ma. W schronisku na Hali Szrenickiej bez trudu znajdujemy wolny stolik, przy którym odpoczywamy chwilę i udzielamy rad odnośnie drogi na Szrenicę (obiecując wszystkim, że to naprawdę niedaleko... w porównaniu np. z naszą trasą do Podgórzyna). 


widok z grzbietowego szlaku na Szrenicę

Tymczasem, choć zrobiło się cieplej, na niebie zaczęły gromadzić się podejrzanie granatowe chmury. Deszcz dopada nas przy Śnieżnych Kotłach. Przyśpieszamy kroku, wyglądając schroniska Odrodzenie, w którym zlokalizowany jest kolejny punkt kontrolny. Na horyzoncie ukazuje się jakiś dach... ale to dopiero Petrova Bouda, odbudowana po pożarze w eleganckich szarościach. Kolejna jest  Špindlerova Bouda, a dopiero powyżej niej znajduje się nasz cel.


chmury doganiają nas przy Śnieżnych Kotłach

Kiedy otwieramy drzwi schroniska, ze środka wysypują się ludzie. W większości są to uczestnicy rajdu, stojący w kolejce po przysługująca im zupę pomidorową. Ustawiamy się i my, postanawiając (jako że mamy porę obiadową) domówić jeszcze na drugie danie pierogi (oczywiście ukraińskie). Nie zrażamy się nawet informacją, że dostaniemy je za około pół godziny, bo przy okazji zamierzamy przeczekać deszcz. Tymczasem pół godziny okazuje się trwać dwie minuty. Ulewa też szybko ustaje, wciągamy więc szybko pyszną zupę z pysznymi pierogami, po czym wracamy na trasę. 

Znów jest słonecznie. Patrzymy na błękit odbijający się w Małym oraz Wielkim Stawie, starając się skupić na widokach, a nie na kamieniach obijających stopy. 


Wielki Staw


w dole schronisko Samotnia nad Małym Stawem, w tle widoczna Śnieżka

Docieramy do Śląskiego Domu, gdzie znów otaczają nas ciemne chmury. Co prawda nie będziemy wchodzić na sam szczyt Śnieżki, ale podejrzewamy, że spotkanie ulewy na trawersującej zbocze góry Drodze Jubileuszowej też nie byłoby doznaniem przyjemnym. Postanawiamy zatem zrobić jeszcze krótki postój na rozgrzewające napoje. Zamiast ulewy nadchodzi jednak jedynie lekka mżawka... oraz huraganowy wiatr, który dopada nas na niebieskim szlaku. Pędzimy ku porastającej grzbiet poniżej kosodrzewinie, aby znaleźć chociaż trochę osłony przed podmuchami. Na chwilę zapominamy nawet o tym, że kiedykolwiek bolały nas nogi. Plus jest taki, że wiatr niemal natychmiast rozgania wszystkie chmury, już do końca trasy zapewniając nam dobrą pogodę. Nad Czechami pojawia się nawet tęcza. 


tęcza nad kosodrzewiną i Czechami

Podejrzanie szybko docieramy do ostatniego punktu kontrolnego na Przełęczy Okraj. Zdaje się, że gdzieś tutaj przypada setny kilometr naszego przejścia. Tak czy siak, posiliwszy się bułką, wchodzimy na ostatni fragment trasy.

Leśną drogą omijamy Kowary. Wynurzamy się w Ścięgnach, gdzie zegarek informuje nas, że do mety zostały trzy kilometry. Przyjmujemy jakąś granicę błędu, ale kiedy ktoś twierdzi, że przed nami jeszcze kilometrów czternaście, od razu odrzucamy tę hipotezę (która- jak się później okaże- jest bezlitośnie prawdziwa).

Idziemy polną ścieżką, dopóki nie zaczyna się robić ciemno. Potem wychodzimy na pobocze dość ruchliwej szosy, mijamy pojedyncze zabudowania, a następnie znów wracamy na pustkowie. W końcu przed nami pojawiają się jakieś światełka. ,,Zobacz, widać już wieżę kościoła"- oznajmia połowa z nas. Szkoda, że to nie kościół w Podgórzynie, a w Miłkowie... W jednym z przydomowych ogródków trwa właśnie jakaś impreza. 

- Jesteśmy z wami!- krzyczą jej uczestnicy. - Jeszcze tylko osiem kilometrów, czyli dwie godziny drogi! 

Bierzemy to za żart, ale wkrótce ma się okazać, że oni też mają rację... A my znów wchodzimy w ciemność, w pole. 

Idziemy i idziemy, po czym po raz kolejny dostrzegamy jakieś światełka. ,,Zobacz, widać już tablicę z nazwą miejscowości!" Owszem, widać, ale ta nazwa to nie ,,Podgórzyn", tylko ,,Głębock"... Przechodzimy przez Głębock, aby wrócić w ciemność, w pole. 

Po dłuższym odcinku ciemności pojawiają się kolejne światełka. ,,Teraz to już na pewno koniec!". Można by w to nawet uwierzyć, gdyby nie tablica ogłoszeń, na której jak wół stoi: Sosnówka. Połowa z nas krzyczy, że usiądzie tutaj i będzie siedzieć, ale druga połowa ciągnie ją za sobą. W ciemność, w pole. 

Ta ostatnia ciemność dłuży się wyjątkowo, ale na jej końcu czekają wreszcie medale, certyfikaty i kiełbaski, czyli- jednym słowem- meta. Docieramy do niej krótko po północy, a więc w sumie nawet wcześniej niż przewidywaliśmy.

Ambitny plan na niedzielę, który zakładał pokonanie szalonego dystansu czterech kilometrów z Podgórzyna do zamku Henryka na szczycie Grodnej, zamienimy jednak na plan minimum, czyli podziwianie Śnieżki z balkonu oraz przysypianie przy szumie potoku. Zamierzamy jednak wrócić w te okolice, chociażby po to, aby zobaczyć Miłków w świetle dziennym i nauczyć się odróżniać go od Podgórzyna... A jakby co, to III edycja Rajdu Izersko- Karkonoskiego szykuje się na 21-23.07.2023 r. :)

< następny post

poprzedni post >

Komentarze