„B" jak „bez lampionu", czyli Pobiedziska Adventure Trip.


 

 

Przez całą noc padało, co jest niezbyt pomyślną wróżbą przed startem. A startujemy dziś w rajdzie na orientację Pobiedziska Adventure Trip, zaliczanym do klasyfikacji cyklu Na szagę. Mimo wszystko zwlekamy się z łóżka i szykujemy do wyjścia na pociąg. Jedziemy nie do Pobiedzisk, a do Promna, skąd zielonym szlakiem dojdziemy do oddalonego o 5 km od stacji kolejowej Wronczyna, w którym tym razem mieści się baza zawodów.

Po pięciokilometrowej rozgrzewce odbieramy pakiety startowe, zawierające parę rajdowych skarpet. Fajnie, bo skarpety zużywają się jednak szybciej niż buffy, których zebraliśmy już całkiem pokaźną kolekcję. Następnie wsiadamy do autobusu, ponieważ organizator (Klub Rajdów Przygodowych) podobnie jak na ostatniej imprezie w Puszczykowie, planuje nas gdzieś wywieźć. 

To ,,gdzieś" okazuje się parkingiem leśnym w Dąbrówce Kościelnej, na wschodnich obrzeżach Puszczy Zielonki. Na odprawie przedstartowej dowiadujemy się, że poza regulaminowymi punktami możemy na tym obszarze szukać pomnikowej daglezji. Nie mamy natomiast szukać punktu D5, ponieważ został on zainstalowany zbyt blisko miejsca gniazdowania orła bielika (sic!). W części na pytania ktoś próbuje uzyskać informację, o której godzinie spodziewany jest deszcz (bo na razie- odpukać- odpuścił). Orgowie odpowiadają z optymizmem, że padać nie będzie, ale wszyscy wiemy, że to tylko zaklinanie rzeczywistości...

Z około dziesięciominutowym poślizgiem ruszamy na trasę TP25. Większość zawodników kieruje się najpierw do D3, ale my idziemy pod prąd, to znaczy do D1 (wykrot). Potem mkniemy do D2 (głaz na północ od ogrodzenia szkółki leśnej) i D6 (górka niedaleko zabudowań Dzwonowa Leśnego). Do tego momentu wszystko idzie dobrze.

Dalszy plan jest taki, żeby udać się do D4, a następnie do D7, ale idąc z północy na południe skręcamy w nie tę drogę co trzeba. Owszem, trochę niepokoi nas, że nie widzimy zaznaczonych na mapie płotów, ale cośmy najlepszego uczynili orientujemy się dopiero, kiedy docieramy do drogi biegnącej z zachodu na wschód, tej dzielącej mapę na dwie części. Teraz nie warto zawracać. Skoro już tu jesteśmy, zgarniamy D3 (mało czytelna w terenie polanka) i szybko modyfikujemy plan. Ruszamy po punkty południowe: najpierw łatwe D9 (róg starego ogrodzenia), potem równie nieskomplikowane D13 (ogrodzenie).

Z D12 mamy już trochę problemów, bo odbijamy na północ jakąś drogą niezaznaczoną na mapie i mylimy ją z tą zaznaczoną, przez co pożądanej granicy kultur szukamy nieco za bardzo na wschód. W końcu jednak znajdujemy co trzeba, mkniemy zatem ku D10 (róg ogrodzenia). 

Następnie udajemy się do D11, które okazuje się... naszą największą porażką. Kręcimy się dookoła niego przez prawie 45 minut. Początkowo, jak wykaże analiza zapisu trasy ze Śledzia GPS, jesteśmy nawet bardzo blisko celu, ale ogarnia nas zwątpienie, przez co coraz bardziej się oddalamy. Próbujemy atakować z różnych stron- bez rezultatu. Dopiero kiedy prawie tracimy nadzieję, poszukiwany dołek odnajdzie się... tuż za naszymi plecami.

Na D11 straciliśmy dużo czasu. Zbyt dużo. Mamy wrażenie, że wszyscy inni zawodnicy zdążyli już tymczasem opuścić strefę Dąbrówki Kościelnej, cieszymy się więc, kiedy wpadamy na kogoś przy D8 (obniżenie). 

Teraz szybko po D7 (dołek) i nieszczęsne, ominięte wcześniej D4. Wiemy już w którą drogę skręcić (a właściwie w którą nie skręcać), ale trochę zbija nas z tropu fakt, że zamiast dwóch ogrodzeń jest tylko jedno. A przy nim wpatrująca się w nas wielkimi czarnymi ślepiami łania. Łani prawie udaje się nas zahipnotyzować, w końcu jednak odrywamy się od jej magicznego spojrzenia i namierzamy właściwe obniżenie.

 

 

Schemat naszego przejścia w rejonie Dąbrówki Kościelnej (stan mapy obrazuje warunki pogodowe).

 

 

Najwyższy czas przejść na mapę w skali 1:50 000. Tutaj mamy do odnalezienia dwa punkty- 1 i 2, po które musimy udać się na południe. Jedynka opisana jest tajemniczo jako „Suchy Bór", z dużych liter, nie do końca więc wiemy, czego szukamy. Wskazówką jest jednak jaśniejszy prostokąt pośrodku zieleni lasu, na skrzyżowaniu dróg, a także umieszczone w jego obrysie kółko. Kiedy docieramy więc do zaoranej polany o regularnym kształcie z widoczną na jej skraju kępą drzew, podejrzewamy słusznie, że to właśnie rzeczony Suchy Bór. Później doczytamy, że nazwa jest pamiątką po nieistniejącej już osadzie i leśniczówce.

 

 

Punkt 1 (Suchy Bór).

 

 

Idąc dalej na południe, wychodzimy na drogę utwardzoną betonowymi płytami. Tymczasem deszcz, który wcześniej był przelotny i nie dokuczał nam specjalnie, zamienia się w regularną ulewę. Skaczemy przez kałuże, mimo że w butach i tak już nam chlupie. Wypatrujemy ścieżki czy przecinki, która powinna zaprowadzić nas na skraj wyrobiska, czyli do punktu nr 2. Rzeczywiście, jest taka- sprawnie podejmujemy lampion i pędzimy w stronę Stęszewka

Tutaj mamy misję, aby odnaleźć groblę pomiędzy dwoma częściami Jeziora Stęszewskiego i przejść nią na obszar oznaczony na mapie jako „BnO Kołata". Napotykając na ścieżce biegnącej wzdłuż brzegu akwenu oznaczenia zielonego szlaku, przypominamy sobie, że kiedyś już się tutaj kręciliśmy.

Wkrótce jednak porzucamy szlak, przechodząc na mapę w skali 1:10 000. Plaża, polana dębów, zagajnik- tutaj idzie nam całkiem nieźle. Potem wykrot, ruiny pomostu, dół skarpy- chyba powinniśmy wyrobić się w limicie czasowym. Trochę obawiamy się punktu „B" jak „bez lampionu", ale i ten podejmujemy dość sprawnie. Jeszcze tylko wykrot, grobla i szałasik- z tym ostatnim jest najgorzej, bo zapędzamy się trochę za bardzo na południe. Na szczęście szybko naprawiamy swój błąd.

 

 

Schemat naszego przejścia w rejonie Kołaty.

 

 

Zostały dwa ostatnie punkty zaznaczone na mapie-matce. Wychodzimy na drogę biegnącą wschodnim brzegiem Jeziora Wronczyńskiego Dużego, którą szliśmy już rano, zmierzając do bazy zawodów. A więc jesteśmy niedaleko. Najpierw skręcamy jednak nie w stronę bazy, a w stronę cmentarza, na przeciwko którego należałoby szukać punktu oznaczonego trójką. Trójka opisana jest jako skraj mokradeł i rzeczywiście teren jest podmokły. Jakby tu podejść do tematu? Z jednej strony ciągnie się mur wygradzający teren zabytkowego dworu Jackowskich (z przełomu XVIII i XIX w.), z drugiej jest las. Wchodzimy do lasu, by z biegnącej nim ścieżki dostrzec biało-pomarańczowy kształt. Najkrótsza droga do niego prowadzi... powalonym pniem obrośniętym mchem. To ci niespodzianka na sam koniec zawodów...

 

 

Droga do punktu nr 3.

 

 

Przechodzimy po pniu w tę i z powrotem, szczęśliwie unikając lądowania w bagnie. Lecimy do czwórki, zamontowanej niedaleko przy ogrodzeniu. Podbiwszy kartę SPORTident, wahamy się chwilę czy ryzykować przebijanie się do mety na szagę, ale trochę obawiamy się zaznaczonej na mapie rzeki. Idziemy więc naokoło, z powrotem do szosy i obok dworu. Na mecie meldujemy się około pół godziny przed końcem limitu, już podsuszeni na przebijającym się przez chmury słońcu. Wcinamy szybko makaron przechowany dla nas pod kocem i nawadniamy się bezalkoholową IPĄ od Browaru Fortuna. A potem wracamy na szlaki Puszczy Zielonki. Konkretnie na ten zielony, prowadzący na dworzec w Promnie...

 

 

Dwór Jackowskich we Wronczynie

  

< następny post

poprzedni post > 

Komentarze