Kierat niecodzienny (KDB on tour).

 




 

Trasa: Słopnice, stadion KS Sokół Słopnice> Słopnice Górne, rozwidlenie dróg (PK1)> skrzyżowanie dróg za szczytem Jeżowej Wody (PK2)> Przyszowa Zagórze, wiata turystyczna (PK3)> Wysokie, miejsce wypoczynkowe (PK4)> Podchełmie, wieża przekaźnikowa (PK5)> stok góry Jaworz, wiata turystyczna (PK6)> szkoła w Ujanowicach (PK7)> Kobyła, pomnik partyzantów (PK8)> Iwkowa, źródełko powstańców (PK9)> Łąkta Górna, domek myśliwski (PK10)> Łopusze Środkowe, rozwidlenie dróg (PK11)> Kamionna, wiata turystyczna (PK12)> Nowe Rybie, kapliczka (PK13)> łąka na przełęczy pomiędzy Zęzowem i Stronią (PK14)> Zespół Placówek Oświatowych w Słopnicach

Długość trasy: ok. 100 km

Czas przejścia: 22h 57 min. (limit: 30 h)


P I Ą T E K


O 17:30 w piątek gromadzimy się na trybunach stadionu KS Sokół Słopnice. Nie po to jednak, aby kibicować miejscowej drużynie, ale po to, aby wysłuchać odprawy przed startem XXI edycji Międzynarodowego Ekstremalnego Maratonu Pieszego ,,Kierat"

Oficjalna nazwa imprezy może być nieco myląca, ponieważ do pokonania mamy nie 42, tylko okrągłe 100 km. Kierat to rajd na orientację, ale w łagodnym wariancie- trasę pomiędzy zaznaczonymi na wydawanej w pakiecie startowym mapie punktami kontrolnymi każdy uczestnik planuje sam, dozwolone jest jednak korzystanie z własnych map (nie tylko papierowych) oraz nawigacji GPS. 

Pakiety startowe odebraliśmy już o 12:00, mieliśmy więc sporo czasu, aby swoją marszrutę przemyśleć. Przyświeca nam nadzieja, że tym razem nie dołożymy sobie przesadnie wielu nadprogramowych kilometrów do zakładanej setki. Tymczasem słuchamy o innych czekających na nas zagrożeniach: coraz liczniej występujących w okolicy wilkach, widzianym ostatnio w Paśmie Łososińskim niedźwiedziu, kierowcach ,,w różnym stanie" i myśliwych ,,strzelających do wszystkiego, co się rusza". Ostatecznie nie będzie aż tak źle- żadnych dużych dzikich ssaków nie napotkamy, nikt nie zostanie odstrzelony, a kierowcy będą na nasz widok zwalniać, a nawet zatrzymywać się, aby zapytać co to za masochistyczna przyjemność, którą sobie fundujemy.

Andrzej Sochoń, niezmiennie od 2004 r. główny organizator ,,zamieszania w Beskidzie Wyspowym" zwraca nam również uwagę na drogi wykreślone krzyżykami- tymi, ze względu na wzmożony ruch samochodowy, poruszać nam się nie wolno, a za złamanie zakazu ma grozić dyskwalifikacja. Kilka słów od siebie dodają jeszcze przedstawiciele lokalnych władz i służb. Potem wchodzimy na murawę stadionu, ustawiając się w odpowiednich sektorach- ,,A" to strefa dla biegaczy walczących o jak najlepszy wynik, ,,B"- sektor ,,truchtaczy". Sektor ,,C" przeznaczony jest dla ambitnych chodziarzy, a ,,D" dla tych, którzy pięknem gór chcą się rozkoszować jak najdłużej... 

Punktualnie o 18:00 ruszamy. Początkowo wszyscy w jednym kierunku, bo na pierwszych 400 metrach wyznaczono LOP (linię obowiązkowego przejścia). Pomysł z sektorami okazuje się trafiony- nawet na wąskiej ścieżce przy dworze Bobrowskich nie tworzy się korek (a przynajmniej w awangardzie strefy C, gdzie się ulokowaliśmy). 

 

 

dwór Bobrowskich w Słopnicach

 

 

Już po wyjściu na pierwszą szerszą asfaltówkę, zwarta grupa uczestników rozdziela się na dwie frakcje. Część prze dalej na wschód (i pod górę) przez Dworskie, a część odbija na południe, aby do drogi prowadzącej przez Stanisze, Majdy i Granice dołączyć na wysokości Malarzówki. Wybieramy ten drugi wariant, bo jest na nim mniej tłoczno. Nawiasem mówiąc, wszystkie wymienione wyżej nazwy to części Słopnic- wsi długiej na 10,5 km i rozłożonej na powierzchni 57 m². Przy takich parametrach ma znaczenie pytanie ,,do których Słopnic chcecie dojechać?", które zadano nam wczoraj na przystanku autobusowym w Limanowej...

Pierwszy punkt kontrolny znajduje się już na szóstym kilometrze trasy, na rozwidleniu dróg przy ścieżce historyczno-edukacyjnej im. 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK. Biało-pomarańczowy lampion nie jest w żaden sposób ukryty, wręcz przeciwnie- obsługujący punkt sędziowie nawołują uczestników. Dzięki wykorzystaniu nie jednego, a dwóch lampionów, podbijanie kart SPORTident przebiega bardzo sprawnie, błyskawicznie ruszamy więc w dalszą drogę. 

Wchodzimy do lasu gęsto pociętego ścieżkami. Warianty przejścia mnożą się, jednak wszyscy tak czy inaczej docierają do Przełęczy pod Ostrą (812 m n.p.m.). Dalej planowaliśmy iść przez Ostrą (925 m n.p.m.) i Jeżową Wodę (895 m n.p.m.), ale widząc sporą grupę pewnie kierującą się w stronę zabudowań Przystopu, przyznajemy im rację- lepiej będzie dodać sobie 100 m odległości, ale ograniczyć liczbę przewyższeń. Ostatecznie i tak łączymy się z Głównym Szlakiem Beskidu Wyspowego, aby zaliczyć drugi punkt kontrolny na dwunastym kilometrze. Idąc dalej za znakami GSBW, można by dotrzeć do wieży widokowej na Skiełku (749 m n.p.m.), ale my odbijamy na Okowaniec (805 m m n. p.m.), a potem na Łyżkę (803 m n.p.m.). Po drodze wpadamy w lekką konsternację, spotykamy bowiem kieratowiczów, którzy idą... dokładnie w odwrotnym kierunku niż my. Staramy się jednak tym nie przejmować, wiedząc że pomysłów na połączenie kropek może być wiele.

Przed podejściem na Łyżkę zakładamy i uruchamiamy czołówki. Na stokach tej góry ukrywają się podobno pozostałości średniowiecznego grodu czy zamku tudzież jeszcze starszej budowli kultowej, naszym celem jest jednak odnalezienie wiaty znajdującej się na wschód od szczytu, na zejściu do miejscowości Przyszowa. Tam, na dwudziestym kilometrze, zlokalizowany jest trzeci punkt kontrolny. Prowadzą nas drewniane stacje drogi krzyżowej: ósma, siódma, szósta... Jest i lampion, a przy nim ognisko, zaczynamy więc żałować, że do niesionego ze sobą prowiantu nie włączyliśmy kilku kiełbasek. 

Schodzimy teraz mocno w dół, a w dolinie potoku Słomka robi się chłodno. Zakładamy dodatkową warstwę odzieży. Ta jedna dodatkowa warstwa- jak się okaże- wystarczy nam w zupełności na dość ciepłą i pogodną noc. Do świateł czołówek zlatują się ćmy oraz majowe chrabąszcze.

 

 

chrabąszcze zlatują się do światła

 

 

Przed 23:00 meldujemy się na kolejnym PK na dwudziestym szóstym kilometrze. Pilnujemy się, aby nie pójść do niego poboczem drogi krajowej. Jak się okaże, nie wszyscy o tym pamiętali, ale ostatecznie zamiast dyskwalifikacji wyciągnięto wobec zapominalskich jedynie konsekwencje w postaci 15-minutowej kary czasowej. Na czwartym punkcie można uzupełnić zapasy wody, z czego skwapliwie korzystamy.

Kolejny PK oddalony jest aż o 9 km, a żeby do niego dotrzeć, musimy wspiąć się na grzbiet Chełmu (793 m n.p.m.). Już schodząc w kierunku Męciny, widzimy w oddali nasz cel- mrugającą czerwonym światłem wieżę przekaźnikową. Na wysokości kościoła, a właściwie dwóch kościołów w Chomranicach, skręcamy na północ (północ zresztą właśnie wybiła). 


S O B O T A


Z tej perspektywy wyrastająca przed nami góra wygląda dość przerażająco. Nie da się ukryć, że czeka nas srogie podejście. Zdecydowaliśmy się na wariant od Chomranic, ponieważ na Mapach.com znaleźliśmy tutaj ścieżkę niezaznaczoną na mapie organizatora. Ścieżka rzeczywiście istnieje i rzeczywiście jest stroma... ale przynajmniej nie ma na niej asfaltu który, występując na trasie w dużych ilościach, zaczął nam już trochę dokuczać (zwłaszcza tej połowie z nas, która zabrała buty z bieżnikiem odpowiednim raczej na teren błotnisty).

Zaliczywszy PK5, ruszamy w stronę góry Jaworz (918 m n.p.m.). Po drodze napotykamy znaki niebieskiego szlaku długodystansowego Tarnów-Wielki Rogacz. Kiedy podążamy w stronę wiaty, w której ma być zlokalizowany PK 6 (41 km), znów zaczynają mijać nas ludzie idący w przeciwnym kierunku. To trochę nas dziwi- owszem, do kolejnego punktu w Ujanowicach można dojść przez Stańkową, ale o wiele lepszy (czytaj: krótszy) wydaje nam się wariant bez zawracania, przez szczyt Jaworza i zbocza Gołej Góry (697 m n.p.m.). Zwłaszcza, że na mapie z pakietu startowego wyrysowana jest ścieżka prowadząca po stoku wprost do Kobyłczyny (o istnieniu tejże nie wiedzą z kolei Mapy.com).

Odmeldowując się na PK6, ruszamy zatem do Ujanowic naszym wariantem, co okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jesteśmy tu sami, jeśli nie liczyć pohukujących w lesie sów. A we wsi (PK7, 47 km) pora na nieco dłuższą przerwę. W tutejszej szkole oprócz wody można napić się kawy z ekspresu, zapewnionej przez jednego ze sponsorów- polski oddział firmy Segafredo. Jest też wrzątek, zalewamy więc nim niesione ze sobą makarony instant. Trochę żałujemy, że nie pomyśleliśmy o cięższych co prawda, ale za to bardziej pożywnych liofilizatach. Zapisujemy sobie w pamięci ten pomysł, w razie gdyby jeszcze kiedyś przyszło nam do głowy wystartować w Kieracie, a tymczasem dopychamy się wystawionymi przez organizatora gorącymi kubkami. 

Za Ujanowicami robi się jasno, można schować czołówki. Wschód słońca oglądamy w jednym z sadów, z których słynie Beskid Wyspowy. Wspinamy się na Kobylą Górę (605 m n.p.m.), znów narzekając na asfalt, ale ciesząc się z minięcia półmetka. Na Mulowcu podbijamy punkt nr 8 przy pomniku powstańców AK poległych w 1944 r. (56 km), po czym kierujemy się na północ.

 

 

w stronę (wschodu) słońca

 

 

wschód słońca w sadzie

 

 

PK 9 (62 km) zlokalizowany jest w Iwkowej, przy tzw. Źródełku Powstańców, początku Winiarskiego Potoku. Znów odbijamy karty, po czym schodzimy do miejscowości Rajbrot, najpierw zielonym szlakiem, a potem skracającą jego przebieg drogą, o której istnieniu nie informowała żadna z naszych map.

I znów pod górę, w kierunku szosy Rajbrot-Muchówka. Zaraz za szosą widać drogę. Mapa papierowa twierdzi, że dojdziemy nią aż do domku myśliwskiego w Łąkcie Górnej (PK10, 69 km), natomiast Mapy.com ostrzegają, że droga skończy się gdzieś pośrodku lasu. Zawierzamy mapie papierowej, ale to wersja cyfrowa ma w tym przypadku rację. Próbujemy trzymać się brzegu strumienia, przedzieramy się przez chaszcze, potem przez podmokłą łąkę i pokrzywy. Ale ostatecznie do PK10 dochodzimy.

Teraz dalej na południe, do Bytomska. Tam, w pobliżu skrzyżowania dróg, odkrywamy sklep spożywczy zaopatrzony w mocno schłodzone napoje, zatrzymujemy się więc na popas. Pogoda na tegorocznym Kieracie jest wręcz zbyt idealna. 

Nawodniwszy się odpowiednio, przemy dalej ku widocznemu na horyzoncie zielonemu grzbietowi. To Łopusze Wschodnie, Środkowe i Zachodnie. Nas najbardziej interesuje (interesują?) Środkowe. Po drodze zagaduje nas mieszkanka jednego z tutejszych domów, zaciekawiona dzisiejszym wzmożonym ruchem pieszym przez wieś. Kiedy wyjaśniamy o jaką imprezę chodzi i że przed nami jeszcze około 30 km, pyta: ,,I nie mają Państwo już trochę dość?".

Staramy się nie rozmyślać nad odpowiedzią na to pytanie, skupiając się raczej nad sposobem ugryzienia widocznych przed nami szczytów. Drogi przebiegają trochę inaczej niż na mapach, w górnych partiach idziemy więc częściowo na azymut. Ale ostatecznie wychodzimy prawie idealnie przy PK11 (74 km), gdzie mamy ostatnią szansę dotankowania wody.

Kolejny nasz cel to Góra Kamionna (801 m n.p.m.), do której droga zdaje się ciągnąć w nieskończoność (znów asfalt...). Jedynym urozmaiceniem jest okolica Bacówki na Zadzielu, gdzie znajduje się ekspozycja pordzewiałych części maszyn. Zdaje się, że związanych z wydobyciem ropy naftowej, poszukiwanej na zboczach Kamionnej na początku XX w.... ale ponieważ zębate koło oparte na trawie kojarzy nam się z logo Kieratu, robimy sobie przy nim zdjęcie.

 

 

ekspozycja przy Bacówce na Zadzielu

 

 

W końcu docieramy na szczyt Kamionnej, odkrywając tam stalowo-drewnianą wieżę widokową o imponującej wysokości 29 m (obecnie to najwyższa wieża w całym Beskidzie Wyspowym). Połowę z nas nagle jakby przestają boleć nogi, oznajmia że będzie wchodzić na górę. Podbicie karty SPORTident może poczekać.

 

 

wieża widokowa na Kamionnej

 

 

 

widok z wieży na Kamionnej w kierunku pd-wsch.

 

 

widok na południowy zachód (i PK12 w dole)

 

 

Po zejściu z wieży (widoki warte dodatkowego wysiłku!) zaliczamy PK12 (81 km) i kierujemy się niebieskim szlakiem w stronę Pasierbieckiej Góry (764 m n.p.m.). Pomiędzy jej szczytem a Nowym Rybiem nie znaleźliśmy lepszego rozwiązania niż azymutowanie, azymutujemy więc i skaczemy przez potok Przeginia. Kiedy wyłaniamy się z zarośli w Marnej Wsi, witają nas mieszkańcy, widocznie zaznajomieni już z tematem. ,,Teraz w lewo i wzdłuż ogrodzenia!"- podpowiadają. Korzystamy z tej podpowiedzi. Wchodzimy do lasu, mijamy (z bardzo bliska!) pasiekę, po czym jesteśmy już na dobrej drodze do PK 13 (86 km, kapliczka).

Przechodząc przez Nowe Rybie znów zwracamy uwagę na to, żeby nie wejść na szosę wykreśloną krzyżykami. Obok kościoła odnajdujemy kolejny sklep wyposażony w bardzo dobrze chłodzącą lodówkę. Dalej zmierzamy na południowy zachód, chcąc dobić do Głównego Szlaku Beskidu Wyspowego prowadzącego na przełęcz pomiędzy Stronią (664 m n.p.m.) i Zęzowem (693 m n.p.m.). Tutaj ukrywa się ostatni, czternasty punkt kontrolny. Osiągnęliśmy 92. kilometr, do mety zostało już tylko 8. 

Zielonym szlakiem schodzimy do Tymbarku. Zahaczamy o narożnik rynku, który, wg piosenki Starego Dobrego Małżeństwa, ,,przykryć można dłonią wraz z kościołem i dzwonnicą". Teraz już do mety, trochę pod górę i trochę w dół. Ostatnie kilometry jak zawsze trochę się dłużą, ale pociesza nas rosnąca nadzieja na szybkie spełnienie naszych małych marzeń: pozbycie się butów, prysznic, jedzenie i sen.

 

 

 

rynek w Tymbarku

 

W końcu przekraczamy bramę zespołu szkół w Słopnicach. Wewnątrz profesjonalnie zajmują się nami młodzi wolontariusze. Wskazują czynności, które musimy po kolei wykonać: podbić kartę SPORTident w stacji z napisem ,,meta", oddać kartę, z wydrukiem prezentującym czasy na poszczególnych punktach udać się po dyplom. Gratulują, wypisują dyplomy, wydają kupony na przysługujący nam żurek (w zestawie z Prince Polo i Tymbarkiem). Pytają czy będziemy w niedzielę na uroczystym zakończeniu imprezy i czy planujemy przyjechać na Kierat za rok. Na pierwsze pytanie odpowiadamy bez namysłu ,,tak", a jeśli chodzi o drugie, to lepiej zapytać nas jutro... 


N I E D Z I E L A


O 9:00 gromadzimy się na sali gimnastycznej w szkole w Słopnicach. Andrzej Sochoń, główny organizator i budowniczy trasy, prezentuje się w uroczystym stroju z parzenicami. Trochę narzeka, że wielu uczestników korzystało z (dozwolonej przecież!) nowoczesnej technologii i odgraża się, że za rok mapy zostaną rozdane tuż przed startem. Przeprasza za asfalt, zrzucając odpowiedzialność zań na (obecnych na sali) przedstawicieli władz, starających się zapewnić dobry dojazd do posesji wszystkim mieszkańcom okolicznych gmin.

Później następuje rozdanie nagród. Zamiast nudnych pucharów są oryginalne ciupagi- dla najszybszych, dla liderów w klasyfikacji wszech czasów, dla najmłodszego (8 lat!) i najstarszego uczestnika oraz... dla zawodnika o nazwisku ,,Kierat". Medale otrzymują wszyscy, wchodząc na scenę grupami podzielonymi według osiągniętych czasów. Jest jeszcze konkurs- wrzucając do papierowej urny los z odpowiedzią na pytanie, można przy odrobinie szczęścia zdobyć torbę wypełnioną gadżetami. Prawidłową odpowiedzią na (podobno) banalne pytanie: ,,Jaki jest najwyższy szczyt Pasma Łososińskiego?" okazuje się ,,Jaworz". To jedna z gór, przez którą przechodziliśmy, ale w naszych indywidualnych odczuciach nie zapisała się jako najwyższa. Prędzej byłoby to Podchełmie z wieżą przekaźnikową... Tak czy siak, nie udaje nam się nic wylosować.

Na koniec pojawia się słodka niespodzianka- ogromny tort, którego po pokrojeniu powinno wystarczyć dla wszystkich. Ustawiamy się w kolejce po swój kawałek- należy nam się, zanim z Kieratu wrócimy do kieratu codziennych zajęć...



< następny post

poprzedni post >

Komentarze